sobota, 10 stycznia 2015

Miya - cz. 5

Wstałam z siedzenia i wyszłam z pomieszczenia. Zeszłam na dół, gdzie czekała na mnie Sziinain, której od razu zakomunikowałam:
- Jutro do kontroli.
- Dobrze, pójdziemy prosto po śniadaniu.
Wyszłyśmy z przychodni kierując się ku budynkowi, w którym się poznałyśmy.
   Po wejściu na hol staruszka oznajmiła:
- Pan prawdopodobnie już śpi. Ty także jesteś zapewne zmęczona po całym dniu. Idź korytarzem na przeciwko schodów i wejdź do trzeciego pokoju od prawej. Przy porannym posiłku dowiesz się dlaczego zostałaś tu ściągnięta.
- Dziękuję. A! I... - Kobieta odwróciła się. Spojrzałam na nią pełna radości. - Dobranoc.
Sziinain odwzajemniła uśmiech i poszła schodami na piętro.
   Gdy zniknęła z pola widzenia, wzięłam głęboki oddech. Nareszcie pójdę spać. Podążyłam przed siebie, gdzie po chwili odnalazłam swój pokój. Wnętrze było przytulnie wystrojone. Pod oknem leżało szerokie łóżko z drewna z najróżniejszymi zdobieniami. Zresztą, czego można się spodziewać, cały dom jest wyrzeźbiony we wszystko co możliwe. Na leżeniu poukładane na całej długości poduszki o różnych wymiarach, a pod nimi kołdra. Po przeciwnej stronie stał wysoki regał z książkami. Każda półka była podpisana dziwnymi gatunkami lektur: opowiadania wędrowców, zioła i lecznicze rośliny, historia państwa i świata, biografie. Na górze szafki znalazłam zakurzone, złote i miedziane statuetki. Rozpoznałam smoka, rycerza, kowala, konia i kwiat. Na środku pomieszczenia widniał stół, a na nim lampion z magiczną, świecącą roślinką. Wokoło niego znajdowały się półmiski z różnorodnymi owocami, a także dwie butelki: z wodą i prawdopodobnie winem. Niedaleko poczęstunku, wewnątrz ściany był wmurowany kominek iskrzący  ogniem. Całość stanowiła pokój jak ze średniowiecza. Mimo to podobało mi się. Podeszłam do stolika, wzięłam gruszkę, przynajmniej coś wyglądającego jak ona i położyłam się na łóżku. Po spróbowaniu owocu nie poczułam jakiegoś wyrazistego smaku, który miałby być najlepszym, jaki jadłam. Dopiero po chwili konsumowania poczułam jakby mieszankę gruszki i banana. Dość dziwne połączenie, jednak nie było także najgorsze. Po skończeniu jedzenia, sprawnym rzutem wcelowałam ogryzek prost do wesoło buchającego ognia. Leżąc bezczynnie na łóżku wpatrując się w ścianę, przeleciała mi przez głowę Denise, która zapewne popadła w histerię. Zastanawiałam się, kiedy ujrzę jej uśmiech. Mimo, że jesteśmy bliźniaczkami, śmiejemy się całkiem inaczej. Właściwie, to można ująć, że ona zawsze ma uśmiechniętą twarz, pełną entuzjazmu, a ja wręcz przeciwnie - ponura, nie ukazująca swoich emocji. Nie wiem czemu, ale przypomniały mi się nasze siedemnaste urodziny, które odbyły się tydzień temu. Była wtedy taka szczęśliwa, kiedy zabrałam ją na jej ulubiony kabaret. Zamknęłam oczy, przykrywając je ręką. Łzy popłynęły mi po policzkach.


----
Wcześniej trochę śmiechu z Luke, teraz przyszedł czas na łzy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz