Zza chmur ujawniły się trzy księżyce tworzące trójkąt. Wszystkie różniły się barwami: zachodni mienił się odcieniami błękitu, od strony wschodniej widniały odcienie od krwistej czerwieni aż po delikatny róż, a tworzący wierzchołek z północy był we wszystkich kolorach szarości jakie znałam. Całość tworzyła coś niesamowitego, wręcz magicznego. Jednakże to, co wydarzyło się po chwili kompletnie mnie zaskoczyło. Gdy na niebie widać było jedynie satelity, przy drogach i domach zaczęły iskrzyć niewielkie kwiaty. Ich płatki zaczęły się otwierać i wypełniać jasnością całą ziemię, ukazując najmniejszy kamyk. Światełka przyciągały do siebie swą wyrazistością, który hipnotyzował całe ciało.
Siedząc, poczułam na dłoni, jak coś delikatnie mnie łaskocze. Pod palcami ujrzałam mieniący się kwiat. Podniosłam szybko rękę przyglądając się, jak zareaguje roślinka na przygniecenie z mojej strony. Podgniecone płatki kwiatu powoli zaczęły się otwierać, ujawniając przy tym pyłki ze środka o pastelowym kolorze różu i złota. Świecące listki były długie, przez co wisiały prawie przy ziemi. Przyglądając się dokładniej "lampce" zobaczyłam, że na każdym płatku jest ledwo widoczny, biały, cieniutki pasek. Ciągnął się dokładnie przez środek płatka, przepoławiając go na pół.
Podziwiając piękno tutejszej, nocnej natury, Sziinain odezwała się do mnie spokojnym głosem:
- Dalej uważasz, że jest tu tak strasznie ciemno?
- Nie. - Uśmiechnęłam się i wstałam.
- Chodźmy już, bo nie zdążymy. - Powiedziała i ruszyła przed siebie.
Szłyśmy główną drogą mijając niewielkie budynki. Każdy był otoczony płotkiem. Przez oświetlone okna widać było niekiedy ludzi siedzących przy stołach czy też wyglądających przez okno. Rozglądając się po okolicy można było jednoznacznie stwierdzić, że nikt by nie podejrzewał, że w ogóle coś takiego może istnieć. Cała wioska jak i świat, w którym się aktualnie znajduję. To coś jak sen. Sen, z którego nie można się przebudzić. Wyobraźnia, która nakazuje mi dokończyć przygodę, zanim wrócę do rzeczywistego świata. Tylko ile ma zamiar mnie trzymać?
Wszystko przemyślałam podczas spaceru. Nie wiedziałam, ile zajęło nam dotarcie na miejsce, jednak jedno było pewne: na tyle długo, abym wszystko poukładała sobie w głowie.
Sziinain zapukała, po czym otworzyła drzwi budynku, jednocześnie zapraszając mnie do środka. Weszłam rozglądając się dookoła. Wyposażenie wnętrza było dość podobne do poczekalń w moim świecie. Krzesła pod ścianami, a pomiędzy nimi co jakiś czas stoliki, na których stało po jednym wazonie z kilkoma kwiatkami. Po lewej i prawej stronie ciągnęły się wąskie korytarze, w których nie było widać końca. Całość przypominała przychodnię czy też izbę przyjęć, nie wliczając małych różnic: obrazów na ścianach oraz półek z książkami. Ogólnie ujmując: przytulniej niż u mnie. Coraz bardziej zaczynałam lubić otoczenie, w którym się znajdywałam.
- Dobry wieczór. - Usłyszałam zza pleców. Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę o ciemnych blond włosach z czerwonymi oczami. Był szczupły, jednak można było stwierdzić, że wysportowany. Na dodatek wyglądał na wyższego o jakąś głowę od szarookiego. Ubrany był w długie, czarne spodnie oraz bluzkę o tym samym kolorze. Miał na niej czerwony krzyżyk, a pod nim wyszyty napis. Z pewnością znaczył, że jest doktorem. Gdyby nie ta podpowiedź, uznałabym, że to jakiś wariat.Patrzeliśmy na siebie przez chwilę w ciszy. Wpatrywał się we mnie, jakby oczekiwał Bóg wie czego. Odwzajemniłam to spojrzeniem patrzącej się osoby jak na dziwaka, który zrobił coś głupiego wśród większej publiczności.
- Dzień dobry, Luke. - Przerwała spokój Sziinain. - Myślę, że nie przyszłyśmy za późno. Przyprowadziłam ją na prośbę Króla.
- Ah. Rozumiem. - Uśmiechnął się do kobiety, po czym zwrócił się ku mnie. - Chodź, zobaczymy coś tam narobiła.
- Yhym. - Odpowiedziałam i pomaszerowałam za lekarzem. Minęliśmy dwie pary drzwi, weszliśmy po schodach na piętro i wstąpiliśmy w pierwsze drzwi na lewo.
Gabinet wyglądał dość sympatycznie. Jak u zwykłego lekarza. Szafka z szybą, przez którą widać było różne buteleczki, sakiewki oraz drewniane pudełeczka. Prawdopodobnie w nich znajdowały się leki. Obok stało biurko, a przy nim krzesło. W drugim kącie znajdowało się łóżko i kolejne siedzenie. Nad nimi wisiały różne tablice z obrazkami i napisami.
Młodzieniec wziął krzesło stojące koło łoża i postawił przede mną.
- Proszę, usiądź. - Powiedział po czym usiadł na drugim, na przeciwko mnie. - Masz jakieś dolegliwości, coś boli?
- Nie wliczając policzka, to kostka.
- Kostka? - Zapytał z lekkim zdziwieniem.
- Tak. Prawie mi ją urwano. - Naciągnęłam spodnie do połowy łydki ujawniając ciemnofioletowy, wklęsły odcisk palców.
- Oh. - Spojrzał, po czym wstał i podszedł do szafki z lekarstwami. - Nie wygląda najlepiej, ale chyba nie będę musiał jej odcinać.
- Dzięki za pocieszenie. - Odpowiedziałam, rzucając w niego mrocznym spojrzeniem.
- Nie ma za co. W tej kwestii jestem zawodowcem. - Położył na stolik różne leki i coś w rodzaju bandażu. Spojrzał na mnie. Odsunęłam głowę w tył, spoglądając w całkiem inną stronę. Chwycił mnie za nogę i zaczął owijać kostkę. Po skończeniu zawiązał supełek.
- Teraz oczyszczę policzek. - Zabrał z blatu kawałek materiału i polał go czymś. Przychyliłam się do niego. W momencie dotknięcia zadrapania otrzymał z liścia.
- Boli! Nie powiedziałeś, że będzie piekło. - Powiedziałam z wyrzutem.
- Aż tak, żeby mnie bić. - Wskazał napuchniętą lewą część twarzy. - Mogę dokończyć?
- Nie. - Odpowiedziałam odchylając się na krześle. Spojrzał na mnie niczym na małe dziecko, któremu nie wiadomo co się stało i nie da się za żadne skarby tknąć, choćby miało przepłacić życiem.
- Jak sobie życzysz. Przyjdź do mnie jutro, zmienię Ci nocny opatrunek. - Wyciągnął rękę ku mojej stronie. - Do zobaczenia... Eee...
- Mi-ya. Dobranoc, Lu-ke.
------
Tak na Sylwestra, a co. Mam nadzieję, że jakoś wyszło c:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz