wtorek, 23 grudnia 2014

Miya - cz. 3

  Na miejsce dotarliśmy chwilę przed zachodem słońca. Zsiadłam z konia i stanęłam przy drzewie czekając na mężczyznę, który poszedł odprowadzić wierzchowca do zagrody. Po jego powrocie poszliśmy do centrum wioski. Szłam niepewnie, czując na sobie wzrok przyglądających się mi mieszkańców. Po dotarciu na miejsce, do którego miał zamiar mnie zaprowadzić ów mężczyzna, odwróciwszy się gwałtownie, oznajmił:
- Nie mogę z Tobą tam wejść. - Wskazał budynek, który był większy od pozostałych znajdujących się w pobliżu. Miał okrągłe okna oraz duże, najwyraźniej dębowe, drzwi.
  Przełknęłam ślinę i nie odzywając się podeszłam do drzwi, które z bliska wydawały się naprawdę wielkie i ciężkie. Nie wiedząc co za bardzo robić zapukałam i cofnęłam się o krok. Wtem otworzyły się "bramy" i głos jakiejś starszej osoby zaprosił mnie do środka. Nie zaprzeczając weszłam szybko myśląc, aby tutaj nikt nie przemierzał mnie wzrokiem jak ludzie z zewnątrz. Dopiero po ominięciu framugi wejścia zaciekawiło mnie, gdzie ja się znajduję, a przede wszystkim: PO CO?
- Chodź za mną. - Usłyszałam. Gwałtownie się odwróciłam i zobaczyłam staruszkę, lecz z pewnością była przed pięćdziesiątką.
- Mhm. Dobrze. - Odpowiedziałam i poszłam.
  Mijałyśmy wiele pomieszczeń z obrazami, schodami w górę i dół, a także korytarze do innych pokoi. Jednakże najbardziej spodobało mi się przejście do ogrodu, a na przeciwko ogromny obraz kobiety z mężem i dwójką małych dzieci, które najwyraźniej były równego wieku. 
  Nagle zatrzymałyśmy się.
- Proszę, zaczekaj tutaj chwilę. - Wypowiedziała kobieta i znikła za pięknie zdobionymi ptakami drzwiami.
  Czekałam już dłuższy czas stojąc i wypatrując z ramy okna o barwie ciemnego brązu z purpurową zasłonką nowych zwierzątek i roślin, które zostały tam wyrzeźbione. Na samej górze znajdowały się ptaki owinięte wstążką, jakby miały oznaczać sojusz między jakimiś ludźmi. Niżej były różne pędy roślin z pąkami kwiatów. Gdzieniegdzie widniały jakieś znaki, jednak nie rozumiałam co znaczą, ponieważ najwyraźniej były w języku, który w moim świecie nie istnieje. Gdzieś na środku ramy były wyrzeźbione dwa miecze. Na samym dole zostały wygrawerowane już mi zrozumiałe dwa imiona: Miaka Zagersu i Ganget Suzakt. Przynajmniej wyglądało to na imiona. Pod tym drobniejszymi literami coś pisało, ale gdy chciałam je przeczytać, drzwi z ptakami otworzyły się i zawołała mnie staruszka. Weszłam do pokoju, gdzie na środku stał stół, a przy nim pięć krzeseł: cztery po bokach i jedno na środku, który ku moim niewielkim zaskoczeniu, był zajęty przez starszego mężczyznę z siwiejącą już brodą i małymi, wyróżniającymi się, złotymi oczami.
- Proszę, usiądź. - Usłyszałam głos siedzącego. Zrobiłam o co prosił. - Nie byłem taki pewny, czy się pojawisz.
Popatrzałam na niego pytająco. Nie wiedziałam, o co mu chodzi, jak z resztą całej reszcie społeczności.
- Przyjechałaś dość późno. - Zaczął ponownie gospodarz. Spojrzał na mnie, a potem na kieliszek, który był półpełny czerwono-różowym płynem. Nie byłam pewna z czego zrobiono ową ciecz, ale jej zapach był przyjemny dla zmysłów węchu. Aromat roznosił się po całym pomieszczeniu. - Mam nadzieję, że nic poważnego się nie stało.
- Oprócz wpadnięcia w środek bitwy, próby urwania mi nogi i zabicia mnie, to nie. Nic specjalnego. - Zaczęłam wymieniać z irytacją, licząc na palcach, czy czegoś nie przegapiłam.
- Urwania nogi?! - Zapytał starzec, drżącym głosem patrząc na mnie jak na wariatkę. Przytaknęłam, spoglądając mu głęboko w oczy. Złote, wyraziste oczy, które ukazywały lekki strach a zarazem zdumienie.
Nagle mężczyzna zawołał:
- Sziinain, wejdź proszę!
Kobieta weszła. Kłaniając się zgrabnie, jak na swoje lata, zapytała.
- Czy coś się stało, panie?
- Miya jest ranna. Weź ją do Luke, niech opatrzy nogę, jak i inne rany.
- Dobrze. - Ponownie się ukłoniła, po czym zwróciła się ku mojej stronie. - Proszę ze mną, panienko.
Nie mając jak się wywinąć z wizyty u tutejszego lekarza, podążyłam za panią Sziinain.
  Będąc na dworze, zobaczyłam jedynie ciemniejsze zarysy różnych budynków i korony drzew.
- Jest tu ciemniej niż u mnie, nawet jak była ostatnio awaria oświetlenia.
- Ohoh. Tak uważasz? W takim razie poczekajmy trochę. - Odpowiedziała kobieta. Przystanęłyśmy na poboczu głównej drogi, coś jak skrzyżowania.
  Ciekawe, co kobieta miała na myśli. Byłam strasznie podekscytowana i zniecierpliwiona. Nie mogąc wytrzymać, zapytałam:
- Kiedy pokaże się ten dowód?
- Teraz. - Wskazała niebo.


-----
Buhaha! Zobaczycie co się stało następnym razem : D
Wielbcie mnie za to ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz